Krótki kurs szpiegowania

„Możemy dopasować setki rozmaitych fryzur, wąsy i brody.”[1]

W czasach wszechobecnych kamer, smartfonów, dronów i innych urządzeń nagrywających i fotografujących jest bardzo mało miejsc, których nie da się sfotografować lub zarejestrować. Właściwie każdy uczestnik publicznej imprezy w centrum miasta, idący po ruchliwej ulicy, na autostradzie, lotnisku, dworcu kolejowym, na stacji benzynowej czy w okolicach banku lub jakiejkolwiek ambasady musi się liczyć z tym, że jakiś obiektyw go zapamięta. Obszarów, które są monitorowane z różnych powodów jest tak wiele, że nie da się ich wyliczyć. Nawet w bardzo prywatnych miejscach nie można mieć pewności co do prywatności. Zdjęcie może zrobić nie tylko satelita szpiegowski, albo dron. Zupełnie wystarczy wścibski sąsiad lub złośliwy podglądacz.

Ale z punktu widzenia szpiegowskiego warsztatu, zrobienie zdjęcia to jedno, a jego interpretacja i rozpoznanie osoby, rzeczy lub miejsca to coś zupełnie innego.

Archiwa zdjęć

Po to, aby przypadkowo zrobiona (albo wycięta z gazety) fotografia była przydatna, trzeba mieć z czym ją porównać. Dlatego żadna profesjonalna służba wywiadowcza nie może funkcjonować bez solidnego archiwum zdjęć. Wyjaśnia to, co prawda na przykładzie historycznym, ale niewątpliwie aktualnym nadal – Frederick Forsyth:

Zadanie identyfikacji obcych agentów lub cudzoziemców, którzy mogą nimi być, stanowi ważną część działań wywiadowczych. Wszystkie agencje robią to codziennie, przez okrągły rok, identyfikują setki tysięcy ludzi na zdjęciach, którzy mogą pracować dla nieprzyjaciela. Fotografują zagranicznych dyplomatów, działaczy związków zawodowych, członków delegacji naukowych i kulturalnych – dosłownie wszystkich, szczególnie (choć nie zawsze) jeśli przyjeżdżają z państw komunistycznych lub krajów, które z nimi sympatyzują.

Archiwa pęcznieją z każdym dniem. Często ten sam mężczyzna lub kobieta ma dwadzieścia portretów wykonanych w różnych miejscach i czasie. Fotografii nigdy się nie wyrzuca, ale wykorzystuje do celów identyfikacji.

Jeśli Rosjanin nazwiskiem Iwanow towarzyszy radzieckiej delegacji handlowej w Kanadzie, zdjęcie jego twarzy zostaje niemal natychmiast przekazane przez Królewską Kanadyjską Policję Konną bratnim służbom w Waszyngtonie, Londynie i sojuszniczych krajach NATO. Może się okazać, że ten sam osobnik, występujący pod nazwiskiem Kosłow, został sfotografowany pięć lat wcześniej jako dziennikarz na obchodach święta niepodległości w jakimś afrykańskim kraju. Jeśli istniały wątpliwości co do prawdziwej profesji pana Iwanowa, sycącego oczy urokami Ottawy, identyfikacja fotograficzna je rozwiewała. Facet zostawał uznany za etatowego agenta KGB.

Wymiana zdjęć między sprzymierzonymi agencjami wywiadu, do których zalicza się błyskotliwy izraelski Mossad, ma charakter ciągły i wszechstronny. Niewielu obywateli krajów Bloku Wschodniego, którzy odwiedzają Zachód, a nawet kraje Trzeciego Świata, nie spogląda z kart fotograficznego albumu w przynajmniej dwudziestu różnych stolicach demokratycznych państw. Nikt też nie wjedzie na teren Związku Radzieckiego bez znalezienia się w centralnej kartotece wesolutkich fotek.”[2]

Ken Follett słusznie dodaje, że do bibliotek fotografii trafiają nie tylko zdjęcia zrobione przez same służby. Trafiają ze wszystkich dostępnych źródeł:

Powrócił do przeglądania zdjęć. Wszystkie były stare, wiele wyblakłych i pożółkłych. Część pochodziła z książek, czasopism i gazet. Czasami Parkin podnosił lupę, w którą przezornie zaopatrzył go Modwinter, żeby przyjrzeć się dokładnie małej twarzy w dużej grupie, i wtedy za każdym razem serce Bloggsa zaczynało bić mocniej, aż do momentu, kiedy Parkin odkładał szkło i brał następne zdjęcie.”[3]

Obróbka, analiza i weryfikacja

Aby zdjęcie mogło być wykorzystane trzeba sprawdzić przynajmniej kilka jego parametrów. Przede wszystkim czy jest autentyczne i ustalić w jakich okolicznościach zostało zrobione.

Najpierw warto mieć pewność czy zdjęcie jest oryginalne i integralne, a nie np. zmontowane. Ten problem A.J. Quinnell stawia na pierwszym miejscu:

Nasi analitycy twierdzą, że zdjęcie jest autentyczne.”[4]

Jako ważne kryterium autentyczności,  John Le Carre uważa okoliczności zrobienia zdjęcia:

Fotografie były wyraźne i starannie wykonane, co oznaczało, że ten, kto je zrobił, ma dużo czasu i dostęp do bezpiecznego pomieszczenia.”[5]

Jeżeli co do autentyczności i okoliczności powstania zdjęcia nie ma wątpliwości, następną ważną sprawą jest jego jakość. Problemy zaczynają się także wtedy, gdy ważne elementy w kadrze, są częściowo zasłonięte, lub w inny sposób ukryte. Zwraca na to uwagę Frederick Forsyth:

Późnym popołudniem fotografie dziwnego przybysza dotarły do wioski Jasieniewo, gdzie mieści się siedziba zajmującego się wywiadem zagranicznym Pierwszego Departamentu KGB. Wylądowały w końcu na biurku zastępcy dyrektora, generała Wadima W. Kripiczenki. Ten przyjrzał się im uważnie, przeczytał dołączony raport o peruce i odlepiającym się skraju wąsa, po czym zabrał zdjęcia na dół, do laboratorium.

– Zobaczcie, czy nie uda wam się usunąć peruki i wąsów – polecił. Technicy użyli specjalnego sprayu.”[6]

Zdarza się, że na obróbkę laboratoryjną nie ma czasu albo narzędzi. Wtedy zdaniem D. Prestona i L. Childa da się przeprowadzić pobieżną obróbkę techniczną bez specjalistycznych narzędzi czy oprogramowania:

Wyjął z kieszeni flamaster i nachylił się nad zdjęciem. Potem użył jeszcze białego flamastra. Następnie odwrócił się do dwóch lekarzy i bez słowa pokazał im zdjęcie.

Felder znów spojrzał na nie i tym razem wyraz jego twarzy nie pozostawiał żadnych wątpliwości, że rozpoznał mężczyznę. Pendergast domalował na fotografii szpakowatą bródkę.”[7]

Większość autorów, jeżeli w ogóle chce się im wchodzić w takie szczegóły, woli jednak posługiwać się wyrafinowanym software’m. Na przykład Henning Mankell:

Wspólnie oglądali zdjęcie na ekranie komputera – twarz Louise. Martinsson wymazał włosy.

– To program stworzony przez FBI – poinformował. – Teraz możemy dopasować setki rozmaitych fryzur, wąsy i brody. Można nawet dodać pryszcze na twarzy.

– Pryszczy nie zauważyłem – odparł Wallander. – Naprawdę interesujące jest to, co miał pod peruką.

– Zdobyłam trochę informacji na ten temat – wtrąciła Ann Britt Hoglund. – Zadzwoniłam do perukarza w Sztokholmie i spytałam, ile własnych włosów można schować pod perukę. Okazało się, że bardzo trudno jednoznacznie na to odpowiedzieć.

– Zatem może mieć bujną czuprynę.

– Ten program robi jeszcze inne rzeczy – dodał Martinsson. – Możemy zmieniać uszy i spłaszczać nosy.”[8]

Nad pytaniem ile włosów da się schować pod kamuflażem zastanawia się także Frederick Forsyth:

Technicy zauważyli, że na fotografiach zamaskowanej postaci z ekranu telewizora materiał maski nieco odstaje od twarzy. Wysunęli teorię, że może to z powodu gęstej czarnej brody. Zaproponowali więc dwie wersje – z brodą i bez niej.”[9]

Kilkadziesiąt stron dalej autor „Czwartego protokołu” dodaje, że profesjonalne oprogramowanie pomaga nie tylko na rozpoznanie wizerunku konkretnych osób. Pozwala także na odnalezienie poszukiwanych osób, którym zdjęcie zrobiono – chociażby przypadkiem, jak pisałem we wstępie – gdziekolwiek na Ziemi:

Jedną z nowoczesnych technologii, z których korzystają siły policyjne oraz agencje wywiadowcze na całym świecie, jest porównywanie twarzy. Specjalne programy pomagają śledczym w tropieniu ukrywających się przestępców, którzy próbują zmienić swój wygląd. (…)

W skrócie chodzi o zbieranie i magazynowanie setek pomiarów twarzy. Na przykład uszy są niczym odciski palców – nie ma dwóch identycznych par. Ale przy długich włosach nie zawsze je widać. Odległość między źrenicami, mierzona w mikronach, w ułamku sekundy pozwala wyeliminować zgodność. Albo ją potwierdzić. Nawet przestępcom po licznych operacjach plastycznych nie udało się oszukać Echelona.”[10]

Ten sam Forsyth, jako jeden z bardzo nielicznych zauważa, że zdjęcia powinny służyć rozpoznawaniu nie tylko osób. Wpadł na ciekawy pomysł do analizowania topografii terenu, aby lepiej zrozumieć funkcje fotografowanych obiektów:

Modelarze kolejowi nie poprzestają na torach, pociągach i semaforach, komponują całe krajobrazy, ze wzgórzami, dolinami, wykopami i tunelami, farmami i stadami bydła. W ciągu trzech dni Dexter odtworzył w skali całą hacjendę. Nie było tu tylko tego, czego nie mogło dostrzec z powietrza oko aparatu fotograficznego: pułapek, zamaskowanych dołów, szyfrowych zamków, kłódek, pełnej siły prywatnej armii, sprzętu, jakim dysponowała, oraz wnętrz.”[11]

Rozpoznanie osoby

Aby interpretacja zdjęcia była wiarygodna, ważna jest nie tylko jakość jego technicznej czy informatycznej obróbki. Jak dodaje John Le Carre bardzo istotne są warunki w jakich zdjęcie było zrobione:

Wszystko nam sprzyjało: pogoda była w sam raz, najpierw trochę padało, potem śliczne popołudniowe słoneczko, w takiej pogodzie wyszłoby nawet zdjęcie muszej dupy z trzystu metrów. Powiększyliśmy fotografie, i proszę: dwa za odwagę, cztery za kampanie. Aleks Poliakow był weteranem wojennym i nikomu się do tego nie przyznał przez siedem lat.”[12]

Kiedy jakość zdjęcia nie budzi wątpliwości i jest ono już właściwie przygotowane i obiekt na nim uwieczniony odpowiednio wyeksponowany, należy zwykle ustalić lub potwierdzić kim jest fotografowana osoba. John Grisham wyjaśnia, że występuje przy tym szereg trudności. Na przykład takie, że zdjęcie niezbędne do porównań jest stare i nieaktualne:

Policzyli mu zęby, mieli kopię jego karty od dentysty. Specjaliści ze znajdującego się po drugiej stronie miasta Instytutu Wywiadu i Zadań Specjalnych, znanego lepiej jako Mossad, opracowali szczegółowe komputerowe obrazy obecnego wyglądu Backmana, po sześciu latach jego braku kontaktu ze światem. Znalazła się wśród nich seria cyfrowych ujęć Backmana ważącego – tak jak w chwili przyznania się do winy – prawie sto dziesięć kilogramów. Pracowali nad jego włosami, zmieniając ich kolor na taki, jaki powinny mieć u pięćdziesięciodwuletniego mężczyzny. Skrócili je i wydłużyli. Sprawdzali, jak mógłby wyglądać, gdyby postanowił przefarbować się na czarno, rudo i brązowo. Nałożyli mu na twarz kilkanaście różnych par okularów, dodali brodę, najpierw ciemną, potem siwą.

Wszystko jednak sprowadzało się do oczu. Należało zobaczyć jego oczy.”[13]

Wątek bardzo drobnych szczegółów rozwija również Frederick Forsyth. Przekonuje dlaczego przydatne mogą być dane od dentysty, albo wnioski z obserwacji:

Różne kształty nosa, linie szczęki, osadzenie oczu, obwisłe policzki, krzywizna warg, sposób w jaki ktoś trzyma szklankę lub papierosa, błysk koronki dentystycznej podczas uśmiechu w jakimś australijskim pubie, który powrócił wiele lat później w londyńskim supermarkecie – wszystkie te szczegóły są przechowywane w jej fenomenalnej pamięci. (…)

Dokonała identyfikacji wczesnym rankiem, we wtorek dwudziestego szóstego maja.

Nie była to najlepsza fotografia, a na dodatek zrobiono ją pięć lat temu. Mężczyzna miał ciemniejsze włosy, wydawał się szczuplejszy. Stał w recepcji ambasady Indii, obok ambasadora, który uśmiechał się z poważaniem.”[14]

Jak widać nie do przecenienia jest możliwość sięgnięcia do obrazów archiwalnych. Według Forsyth’a możemy się z nich dowiedzieć wiele o przeszłości interesującej osoby:

Podał Rothowi dwie fotografie. Pierwsza z nich przedstawiała dwóch Wietnamczyków na tle dżungli. Twarz jednego była przekreślona krzyżykiem, co oznaczało, że już nie żyje. Na drugim, wykonanym dużo później zdjęciu, widać było grupę wietnamskich oficerów siedzących wygodnie w trzcinowych fotelach na werandzie. Podający im herbatę kelner uśmiechał się do obiektywu.

– Kelner skończył jako jeden z boat people w brytyjskim obozie dla uchodźców w Hongkongu. Bardzo był dumny z tej fotografii, ale Brytyjczyków zainteresowali przedstawieni na niej oficerowie i odebrali mu ją. Przyjrzyj się facetowi po lewej stronie kelnera.

Roth spojrzał. To był Nguyen Van Troc, dziesięć lat starszy, ale ten sam. Na ramieniu miał insygnia wyższego oficera.”[15]

Zdjęcie oczywiście nie musi być dosłownie fotografią. Może być fragmentem filmu. Niezastąpiony w interpretacji kadrów Frederick Forsyth uważa, że wynajdywanie ukrytej treści wygląda prawie identycznie jak w przypadku zdjęcia:

Obiektyw kamery został nakierowany na grupę oficerów za plecami marszałka Ustinowa.

– Zatrzymaj – polecił McCready. Obraz znieruchomiał. – Tamten, trzeci od lewej. Możesz powiększyć? Zrobić zbliżenie?

Technik przyjrzał się uważnie konsoli i zaczął starannie dostrajać obraz. Grupa oficerów była coraz bliżej. Niektórzy zniknęli poza kadrem. Ten wskazany przez McCready’ego przesuwał się lekko w prawo. Technik cofnął film o cztery klatki, i kiedy mężczyzna wrócił na środek, kontynuował zbliżenie. Oficera zasłaniał do połowy jakiś generał Strategicznych Sił Rakietowych, ale tamtego zdradzały wąsy, rzadkość u radzieckich wojskowych. Naramienniki na szynelu wskazywały, że to generał major.

– Jasna cholera – syknął McCready. – On naprawdę awansował.”[16]

Trudno sobie wyobrazić aby jedna służba była w stanie zgromadzić tak ogromną dokumentację, żeby znalazło się w niej tak wiele obiektów, uwiecznionych w tak różnym czasie. Najczęściej opisujący problem i analizujący fotografie Frederick Forsyth wyjaśnia, że zaprzyjaźnione służby wymieniają się zdjęciami. Po raz kolejny opisuje to na konkretnym przypadku:

Identyfikacja okazała się możliwa dzięki zdjęciu otrzymanemu od izraelskiego Mossadu sześć lat wcześniej. Była to tylko jedna zamazana fotografia. Nawet ci z Mossadu nie byli pewni. Z dołączonego komentarza wynikało, że to tylko przypuszczenie.

Zdjęcie zrobiono na ulicy w Damaszku. Facet nazywał się Timothy Donnelly i pracował jako handlowiec w firmie Waterford Crystal. Mając niejasne przeczucie, agenci Mossadu zrobili mu zdjęcie i sprawdzili u swoich w Dublinie. Timothy Donnelly faktycznie istniał, ale w tamtym czasie nie bawił w Syrii. Kiedy się o tym dowiedzieli, mężczyzna ze zdjęcia znikł bez śladu. I nigdy więcej się nie pojawił.

– To on – stwierdziła autorytatywnie panna Blodwyn. – Poznaję po kształcie uszu. Powinien był założyć kapelusz.”[17]

Czytając wcześniejsze fragmenty tego rozdziału można nabrać wrażenia, że w archiwach i na twardych dyskach można znaleźć właściwie wszystkich mieszkańców ziemi. Że wszechobecność fotografów i kamer powoduje, że nie ma osoby, która nie ma swojego wizerunku w jakimś specjalnym archiwum. John Grisham jednak wyprowadza z tego błędu. Jak komuś bardzo zależy, i wie jak się do tego zabrać, może „zniknąć”:

Nie chcę was zanudzać szczegółami, ale mamy parę wysokiej klasy komputerów, które przechowują wizerunki milionów ludzi. Kiedy namierzamy jakiegoś podejrzanego, komputer przeszukuje nasze zbiory i na ogół dobrze wykonuje swoje zadanie. W wypadku pana Wrighta, czy jakkolwiek on się naprawdę nazywa, nie znaleźliśmy nic. Zero trafień. Żadnej wskazówki. Przesłaliśmy jego portret do CIA i oni przeprowadzili podobne działania, inne komputery, inny program, ten sam wynik. Nic. Szczerze mówiąc, jesteśmy zaskoczeni. Byliśmy zupełnie pewni, że zdołamy zidentyfikować faceta.”[18]

Akurat takiego problemu nie ma A.J. Quinnell. Zwraca on uwagę na inną trudność, taką że o znaczeniu problemu decyduje nie tylko to, że określone osoby znalazły się w określonym czasie i w określonym miejscu. Nie mniej istotną częścią analizy jest to, w jakim znalazły się towarzystwie:

Zdjęcie przed dwoma dniami zrobił jeden z naszych agentów w Iraku, na terenie bazy w północno-zachodniej części kraju. Beczki zawierają tlenek uranu. Są częścią partii stu ton dostarczonej przez pułkownika Kadafiego. Oznaczenia cyfrowe i literowe na beczkach zostały zweryfikowane i Międzynarodowa Agencja Energii Atomowej w Wiedniu ma je w swoim rejestrze. (…) Postacie na zdjęciu. Jedna to profesor Dżabar Mohammed, druga profesor Saddam Azzawi. Dwaj czołowi iraccy atomiści.”[19]

Identyfikacja przedmiotu

W powieściach szpiegowskich dużo częściej można trafić na procedury identyfikacji osób niż rozpoznanie przedmiotów. Właściwie nie wiadomo dlaczego. Częściowo wyjaśnia to W.E.B Griffin na przykładzie podobnych do widzianych przez Quinnella beczek, tyle że bez dostrzegalnych numerów:

Skoro można w komputerze porównywać zdjęcia ludzi, (…) i uzyskać niemal stuprocentową pewność identyfikacji, to dlaczego nie można zrobić tego samego ze zwykłymi, niebieskimi baryłkami? (…)

– W ludzkim ciele jest bardzo wiele szczegółów, których można użyć do porównania. Przedmioty, takie jak te niebieskie <baryłki z piwem>, są znacznie trudniejsze do odróżnienia – wszystkie są praktycznie identyczne.”[20]

Czy dlatego należy sobie odpuścić ocenę mało wyraźnych obiektów? John Le Carre upiera się, że nawet bardzo źle technicznie zrobione zdjęcie, albo zrobione z bardzo dużej odległości może dostarczyć ważnych informacji:

Sekcja badań wykonała wspaniałą robotę. Całkowita długość obiektów na tych fotografiach – mogli całkiem dokładnie to obliczyć – jest równa długości sowieckich rakiet średniego zasięgu.”[21]

Zupełnie inaczej jest wtedy, kiedy widoczne są niewielkie szczegóły. Można na ich podstawie przeprowadzić dokładną analizę porównawczą. Wnioski z takiej pracy omawia autor „Małej doboszki”, który jak widać nie bagatelizuje potrzeby przyglądania się rzeczom i podkreśla, że warto wtedy mieć w pamięci bardzo wiele różnych obiektów:

Zaproponował słuchaczom, by przyjrzeli się sfotografowanemu samochodowi. (…) To sedan w kolorze czerwonego wina, z anteną na przednim błotniku, dwoma bocznymi lusterkami, centralnym zamkiem i pasami bezpieczeństwa przy siedzeniach z przodu. We wszystkich tych szczegółach i wielu innych, tutaj niewidocznych, mercedes na zdjęciu odpowiadał mercedesowi, który przypadkowo wyleciał w powietrze na autostradzie pod Monachium.”[22]

Rozpoznanie problemu

Nie tylko konkretne dane czy szczegóły przedmiotu, lub cechy twarzy podlegają ocenie przy interpretowaniu zdjęć. Szczególnie wtedy, kiedy zdjęcia – jak lotnicze, czy satelitarne – obejmują duży obszar. Wtedy ważne i ciekawe jest ustalenie, co na tym obszarze się dzieje.

Na przykład w szybkim tempie powstaje ukrywany zakład przemysłowy, na co zwraca uwagę  Bogusław Wołoszański:

Na ekranie pojawiło się pierwsze zdjęcie.

– Te zdjęcia lotnicze – Jones podszedł do ekranu i wskazywał na miejsca, w których można było dostrzec baraki, drogi i linie kolejowe znikające pod ziemią – a także doniesienia wywiadu wskazują, że na Dolnym Śląsku oraz w Górach Harzu hitlerowcy prowadzą zakrojone na wielką skalę roboty budowlane. Możemy zakładać, że podobne prace trwają lub dobiegły końca w innych miejscach, których jeszcze nie odkryliśmy. (…) Na żadnym ze zdjęć nie widać cystern ani rurociągów. Po co w tych rejonach – ponownie wskazał na Dolny Śląsk i Góry Harzu – zgromadzili tak wielkie zasoby ludzkie i materiałowe? Dlaczego zużywają tam ogromne ilości stali, potrzebnej do produkcji czołgów, których im tak bardzo brakuje?”[23]

Podobną szkołę interpretacji szczegółów reprezentuje Alex Berenson. Tyle że on dysponuje dużo bardziej zaawansowanymi technicznie narzędziami:

Otrzymał zdjęcia zrobione z dwóch różnych satelitów – jedno tuż przed dwunastą w południe, a drugie około drugiej nad ranem następnego dnia. Południe było idealnym czasem na robienie zdjęć z kosmosu. Padające prosto z góry światło słoneczne minimalizowało cienie i jasno odbijało się od wszelkich metalowych części. Odbite promienie pomagały oprogramowaniu przetwarzającemu obrazy wyszukać zamaskowane kawałki stali i aluminium, rury, które mogły być otworami wentylacyjnymi bunkrów albo okrągłe niczym moneta talerze, będące w rzeczywistości minami.”[24]

Przedmiotem zainteresowania nie muszą być tylko zakłady przemysłowe lub elementy infrastruktury czy systemów bezpieczeństwa. Tom Clancy zwraca uwagę na inne elementy zachowania ukrywających coś osób:

Tu mamy drogę polną odchodzącą od autostrady, przechodzi przez małe wzniesienie… a tu coś jakby przyczepa, samochód zaparkowany pięćdziesiąt metrów dalej… jeszcze jeden, trochę przykryty. A więc dwa samochody. (…)

– Chwileczkę, nie widzę drugiego samochodu. (…)

– Tutaj. Słońce odbija się od czegoś, co jest trochę za duże jak na butelkę po coca-coli. Prawdopodobnie szyba samochodu. Może tylna, chociaż według mnie przednia.

– A to dlaczego? – zapytał agent. (…)

– Gdybym ja tam była i miała ukryć samochód, wjechałabym tyłem, żeby móc szybko wyjechać, no nie? (…) Proszę bardzo, tu odbłysk zderzaka, a to prawdopodobnie maska. Widzi pan jak go przykryli? Proszę spojrzeć tu, koło przyczepy. Chyba w cieniu ktoś stoi… – Obejrzała następną klatkę. – Tak, to postać ludzka. – Mężczyzna miał jakieś metr osiemdziesiąt, był dobrze zbudowany, ciemnowłosy, a cień na jego twarzy wskazywał, że dziś się nie golił. Nie było widać żadnej broni.

Tylko trzydzieści ujęć nadawało się do czegoś. Z ośmiu wykonano powiększenia wielkości plakatu.”[25]

Określenie ról i zachowań

Zupełnie innym problemem dla analityków może być dokumentacja, w której absolutnie nie ma do czego porównać osoby czy miejsca, a mimo to konieczne jest zorientowanie się, czego dotyczy zdarzenie. Co robią interesujące nas osoby. Kim są?

Jak odgadywać pochodzenie i funkcje osób wyłącznie na podstawie sylwetek i ubrania podpowiada Vincent V. Severski:

Na ekranie pojawiły się teraz dwie sylwetki Azjatów obok siebie. (…)

– Mają takie same garnitury (…). W ogóle są tacy sami… aż trudno powiedzieć, który jest który… chyba nawet buty mają identyczne. (…)

– To chyba nie są jakieś eleganckie, drogie garnitury… Wyglądają mi na Chińczyków… z Chin…

– To są północni Koreańczycy – odezwał się obojętnym głosem Lutek. (…)

– Ci dwaj ochroniarze nie noszą broni. To widać doskonale po ich ruchach. (…) Muszą być mistrzami taekwondo! Widzę to w ich ruchach, gestach, spojrzeniu. (…) Na całym świecie taekwondo to sport, ale w Korei Północnej rozwinięto go do rangi niebezpiecznej broni.”[26]

Podobną analizę struktury grupy przeprowadza Tom Clancy:

Przyjrzyjcie się zdjęciom. Wojskowi przytrzymują dla niego drzwi, podają mu ogień.

– Może to jego obstawa? – zasugerował jeden z oficerów.

– Jak dla mnie nie wyglądają na ochroniarzy. Mają zapięte kurtki, więc nie noszą broni. Nie wypatrują też zagrożenia na ulicy. Nie, to twardziele z pierwszej linii frontu. Wyglądają jak drużyna byłych żołnierzy specnazu.”[27]

Bywa też, że klucz do zrozumienia roli którejś z osób leży w jej odmiennym od innych zachowaniu, wychwyconym przez obiektyw. Zwraca na to uwagę Wojciech Chmielarz:

Raz jeszcze włączył program graficzny. Tym razem oglądał fotografie powoli i dużo uważniej. W pierwszej chwili nie dostrzegł niczego niezwykłego, ale miał niejasne przeczucie, że coś mu umknęło. (…) W tłumie gapiów. Mężczyzna. Muskularna sylwetka, wyprostowana postawa, wyglądał na wysportowanego. (…) Było coś jeszcze. Wyraz jego twarzy. Malowało się na niej uczucie, którego nie widział u żadnej innej osoby na zdjęciu. (…)

– Widzę go jeszcze tylko na jednym zdjęciu. Na oko wszyscy pozostali występują na kilku lub nawet kilkunastu. Pewnie uciekł, kiedy tylko zobaczył, że zaczynamy fotografować tłum.”[28]

Z kolei Tom Clancy koncentruje się na sekwencji zachowań. Jeżeli z tego samego zdarzenia mamy więcej zdjęć, to warto przeanalizować je szczegółowo w kolejności robienia i wyłapać drobne szczegóły nie pasujące do sytuacji:

Poświęcił kilka sekund każdej klatce, oglądając za pomocą szkła powiększającego interesujące go szczegóły. Kiedy na ujęciach pojawiała się pani Foley, zaczął je badać dokładniej. Bacznie przyglądał się jej ubraniu, biżuterii, jej twarzy. (…) Zdjęcie uchwyciło coś, czego nie dostrzegł przez lornetkę. Kiedy ściskała Filitowa, jej oczy utkwione były w jednym z czterech ochroniarzy, tym, który nie oglądał meczu. Jej lewa ręka wcale nie obejmowała Filitowa, lecz była opuszczona wzdłuż jego ręki – dłoń była niewidoczna. (…) Zanim zaczęły się uściski, trzymała tę rękę w kieszeni płaszcza. Kiedy zarzuciła ramiona na szyję ministrowi obrony, dłoń była zaciśnięta, ale po Filitowie była już otwarta.”[29]

O strukturze zespołu lub charakterze powiązań między osobami może powiedzieć ocena zdjęć, zrobionych w zupełnie innym czasie, ale dotyczących np. współpracowników konkretnej osoby.

Vladimir Volkoff wyjaśnia, że nie zawsze wtedy chodzi o ustalenie tożsamości osoby, ważniejsza bywa wiedza w inny sposób łącząca porównywane obiekty.

Kazałem naszej sekcji fotograficznej zrobić jedną wielką odbitkę z portretami wszystkich dotychczasowych sekretarek Popowa, które dostałem od Malmaisona. Ponieważ były to fotografie zrobione do dokumentów tożsamości, trudno było na nich ocenić walory owych dam, ale wrażenie nie było przez to mniejsze: tych szesnaście twarzy podobnych było do siebie ze względu na jasny kolor włosów (krótkich, długich, prostych, kręconych, czystych, brudnych, uczesanych, rozczochranych), szerokość czaszek (okrągłych, kanciastych, wydłużonych, spłaszczonych), obfitość ciała (z makijażem lub bez, o cerze delikatnej lub szorstkiej, napiętego na kościach lub trochę sflaczałego, jakby bez wewnętrznej struktury). Co do reszty, bardzo się od siebie różniły. Ich oczy miały różną barwę, nosy miały tyle różnych kształtów, ile można znaleźć u rosyjskich proletariuszek, usta były wygięte we wszystkie możliwe łuki, a wyraz twarzy wahał się od skrajnej nerwowości po spokojną pewność siebie, wynikającą ze świadomości swego nieodpartego uroku.”[30]

Łatwo się domyśleć, a i z dalszego kontekstu powieści wynika, że nie tylko profesjonalizm był kryterium doboru współpracowniczek rezydenta.

*   *   *

W literaturze i mediach trwa dyskusja czy nie należałoby ograniczyć tych systemów wszechobecnego „wielkiego brata”. Że może jednak należy pozwolić ludziom chwilami na odrobinę prywatności, a także na to, że jeżeli wracając w nocy przez park, przypili ich nagła potrzeba, to ich sikania pod drzewem nie zarejestruje kilkanaście kamer.

Obawiam się jednak że nic  z tego. Zdjęcia – także te całkiem prywatne i przypadkowe – mogą być zbyt cenne. Można się z nich wiele dowiedzieć, albo odwrotnie: wiele wykluczyć. Wszystkie policje i służby specjalne będą przeciwko usuwaniu obiektywów skutecznie protestować. W końcu obejrzenie nagrań z kilku kamer jest łatwiejsze i tańsze niż wzywanie na przesłuchanie wszystkich mieszkańców w okolicy.

 


[1] Henning Mankell; „O krok”; przekład Irena Kowadło-Przedmojska; Wydawnictwo W.A.B.; Warszawa 2007, str. 391;

[2] Frederick Forsyth; „Czwarty Protokół”; przekład Zbigniew Kościuk; Wydawnictwo Albatros A. Kuryłowicz; Warszawa 2011, str. 355;

[3] Ken Follett; „Igła”; przekład Małgorzata Targowska-Grabińska; Wydawnictwo Czytelnik; Warszawa 1989, str. 91;

[4] A.J. Quinnell; „Reporter”; przekład Jan Zakrzewski i Ewa Krasnodębska; Wydawnictwo Adamski i Bieliński; Warszawa 1997, str. 261;

[5] John Le Carre; „Z przejmującego zimna”; przekład Jan Kraśko; Świat Książki; Warszawa 2008, str. 83;

[6] Frederick Forsyth; „Fałszerz”; przekład Zdzisław Kusiak; Wydawnictwo Amber; Warszawa 2009, str. 202;

[7] Douglas Preston, Lincoln Child; „Bez litości”; przekład Robert P. Lipski; Książki Gruner+Jahr Polska; Warszawa 2013, str. 348;

[8] Henning Mankell; „O krok”; przekład Irena Kowadło-Przedmojska; Wydawnictwo W.A.B.; Warszawa 2007, str. 391;

[9] Frederick Forsyth; „Czarna lista”; przekład Andrzej Niewiadomski; ; Wydawnictwo Albatros A. Kuryłowicz; Warszawa 2014, str. 155;

[10] Frederick Forsyth; „Czarna lista”; przekład Andrzej Niewiadomski; ; Wydawnictwo Albatros A. Kuryłowicz; Warszawa 2014, str. 189-190;

[11] Frederick Forsyth; „Mściciel”; przekład Jacek Manicki, Witold Nowakowski; Wydawnictwo Albatros A. Kuryłowicz; Warszawa 2004, str. 290;

[12] John Le Carre; „Szpieg”; przekład Jan Rybicki; Świat Książki; Warszawa 2011, str.122;

[13] John Grisham; „Ułaskawienie”; przekład Krzysztof Obłucki; Wydawnictwo Albatros A. Kuryłowicz; Warszawa 2014, str. 289;

[14] Frederick Forsyth; „Czwarty Protokół”; przekład Zbigniew Kościuk; Wydawnictwo Albatros A. Kuryłowicz; Warszawa 2011, str. 356;

[15] Frederick Forsyth; „Fałszerz”; przekład Zdzisław Kusiak; Wydawnictwo Amber; Warszawa 2009, str. 184;

[16] Frederick Forsyth; „Fałszerz”; przekład Zdzisław Kusiak; Wydawnictwo Amber; Warszawa 2009, str. 27;

[17] Frederick Forsyth; „Czwarty Protokół”; przekład Zbigniew Kościuk; Wydawnictwo Albatros A. Kuryłowicz; Warszawa 2011, str.

[18] John Grisham; „Prawnik”; przekład Krzysztof Bereza; Wydawnictwo Amber; Warszawa 2009, str. 271;

[19] A.J. Quinnell; „Reporter”; przekład Jan Zakrzewski i Ewa Krasnodębska; Wydawnictwo Adamski i Bieliński; Warszawa 1997, str. 244;

[20] W.E.B. Griffin, William E. Butterworth IV; „Poza prawem”; przekład Maciej Szymański; Dom Wydawniczy Rebis; Poznań 2011, str. 259;

[21] John Le Carre; „Za późno na wojnę”; przekład Radosław Januszewski; Wydawnictwo Amber; Warszawa 2003, str. 53;

[22] John Le Carre, „Mała Doboszka”, przekład Bohdan Maliborski, Świat Książki, Warszawa 2009, str. 373

[23] Bogusław Wołoszański; „Twierdza szyfrów”; Wydawnictwo Wołoszański; Warszawa 2004, str. 55;

[24] Alex Berenson; „Tajny agent”; przekład Magdalena Grala-Kowalska; Wydawnictwo Hachette Polska; Warszawa 2012, str. 269;

[25] Tom Clancy; „Kardynał z Kremla”; przekład Leszek Erenfeicht; Wydawnictwo Fabryka Sensacji; Warszawa 2011, str. 405;

[26] Vincent V. Severski; „Niewierni”; Wydawnictwo Czarna Owca; Warszawa 2012; str. 146

[27] Tom Clancy, Mark Greaney; „Zwierzchnik”; przekład Jan Dzierzgowski, Wojciech Górnaś, Antoni Górny, Krzysztof Heymer; Fabryka Sensacji; Warszawa 2014, str. 101;

[28] Wojciech Chmielarz; „Podpalacz”; Wydawnictwo Czarne; Warszawa 2012, str. 228-230;

[29] Tom Clancy; „Kardynał z Kremla”; przekład Leszek Erenfeicht; Wydawnictwo Fabryka Sensacji; Warszawa 2011, str. 249;

[30] Vladimir Volkoff; „Werbunek”; przekład Beata Biały; Klub Książki Katolickiej; Dębogóra 2007, str. 119;

Ostatnia modyfikacja: Czerwiec 15, 2017