Krótki kurs szpiegowania

Strach i frustracja (18)

Nieliczni tylko pisarze zwracają uwagę, że opisywani przez nich Jamesowie Bondowie nie tylko zadają efektowne ciosy, celnie strzelają, uwodzą piękne kobiety, piją najdroższego szampana i rozbijają się szybkimi samochodami, ale także myślą.

Obok konsekwentnie reklamowanego przeze mnie Johna Le Carre (wydawnictwu „Nowa”, które w ostatnich latach wydało jego dwie książki, należy się za to głęboka wdzięczność), trafiłem na jeszcze jednego autora, którego bohaterowie nie są robotami.

Frustraci

Pisarzem tym jest Bob Reiss, którego książka „Ostatni szpieg” ukazała się niedawno na polskim rynku. W całkiem aktualnej powieści, na marginesie rozpadu Związku Radzieckiego, Reiss opisuje rozterki głęboko zakonspirowanego funkcjonariusza KGB rezydującego w Stanach Zjednoczonych. Obserwując zmiany w swojej ojczyźnie facet ten zastanawia się nad sensem swojej pracy, tym bardziej że – jak sam twierdzi – „ten kraj nie jest taki, jak nam powiedzieli. Jest lepszy. Bardziej wolny. Bieda nie jest taka wielka, jaka miała być. Policja nie jest taka straszna, jak mówili. Nie ma zamieszek przez cały czas. Można iść wszędzie, dokąd się zechce”.

Desperaci

John Le Carre w „Wojnie w lustrze” rozterki funkcjonariuszy tajnych służb opisuje trochę inaczej. Oficerowie wywiadu brytyjskiego przynajmniej nie mają wątpliwości, że służą demokratycznemu państwu. Nie wszystkim jednak zasada „cel uświęca środki” wydaje się bezwzględnie słuszna. Tym bardziej wtedy, gdy na podstawie nie sprawdzonych pogłosek trzeba ryzykować życiem człowieka, który zaufał swoim przełożonym. Dlatego starszy oficer wywiadu musi wyjaśniać młodszemu koledze filozofię tej służby: „musieliśmy interweniować w różnych sytuacjach na podstawie jednej pogłoski, nie więcej. Jedna przesłanka i podejmowaliśmy ryzyko. Wysyłaliśmy człowieka, dwóch, jeśli to konieczne, wiedząc, że mogą nie wrócić. Albo, że alarm okaże się fałszywy. Pogłoski, domysły, przeczucia, za którymi się idzie; łatwo zapomnieć z czego składa się praca wywiadu: ze szczęścia i spekulacji. Raz trafi się gratka, innym razem pudło. Czasami natrafiasz właśnie na coś takiego: to może być coś naprawdę ważnego albo tylko złudzenie. Niezależnie, czy usłyszysz o tym od chłopa z Flemsburga, czy od burmistrza King’s, zawsze stajesz wobec możliwości, której nie ośmielisz się zlekceważyć. Dostajesz polecenia: znajdź człowieka, przerzuć go. I robiliśmy to. Wielu nie wróciło. Wysłano ich po to, by rozwiali wątpliwości. (…) Wysłaliśmy ich, bo nie wiedzieliśmy”. Wyjaśnia starszy oficer wywiadu brytyjskiego młodszemu koledze.

Strach

Prawie żaden z autorów szpiegowskich czytadeł nie zauważa jak ważnym i dokuczliwym elementem pracy szpiega jest strach. Strach samotnego człowieka w obcym mu świecie. W różnych miejscach, zależnie od realizowanych zadań może on przybierać różne formy. Bob Reiss w „Ostatnim szpiegu” opisuje samopoczucie faceta prowadzącego tajną misję w małym miasteczku, w prowincjonalnym instytucie naukowym, realizującym zlecenia dla armii amerykańskiej. „W małym miasteczku natomiast codziennie widzisz tych samych ludzi, codziennie chodzisz w te same miejsca, codziennie słyszysz te same rozmowy. Z zakładów do szkoły. Ze szkoły do Snow Bowl. Ze Snow Bowl do pana Upsa. Ludzie cię znają. I jeżeli wyczują, że nie całkiem jesteś… taki jak oni, o ile rozumiesz, co mam na myśli, jeżeli wyczuwają, że czegoś brakuje, czujesz to”.

John Le Carre w „Wojnie w lustrze” wyjaśnia, że w dużym mieście obawy można mieć nie mniejsze. Wysłany przez niego za granicę oficer mocno przeżywa swoją misję. „Nie istnieje tak skondensowany i tak wymykający się opisowi strach, jak ten, który nawiedza szpiega w obcym kraju. Spojrzenie taksówkarza, zagęszczenie ludzi na ulicy, rozmaitość mundurów – czy był to policjant, czy listonosz? – niezrozumiałe obyczaje i język oraz zwykłe dźwięki, zalewające świat, do którego wkroczył Avery, wzbudzały w nim ciągły niepokój i ten niepokój, niczym nerwoból, stał się dokuczliwy, gdy Avery znalazł się sam. W mgnieniu oka zmieniał mu się nastrój: od paniki do służalczego uwielbienia, gdy z nienaturalną wdzięcznością odpowiadał na czyjeś uprzejme spojrzenie lub słowo. Było to po części oznaką kobiecej wręcz uległości wobec tych, których oszukiwał. Avery rozpaczliwie pragnął uzyskać od obojętnych twarzy rozgrzeszenie w postaci ufnego uśmiechu”.

Jak sobie radzą szpiedzy ze swoimi problemami? Nie spotkałem jeszcze w literaturze szpiegowskiej żadnej recepty na rozterki wewnętrzne. Nic dziwnego. Ci, którzy je mieli – nigdy się do nich nie przyznają (ambicja im nie pozwala). A tych, nad którymi strach i frustracja wzięły górę, nie sposób zapytać.

Tekst opublikowany w „Kulisach”, piątkowym dodatku do „Expressu Wieczornego” 24 lutego 1995 r.

Ostatnia modyfikacja: Kwiecień 5, 2017