Krótki kurs szpiegowania

Przeciętna powieść szpiegowska to dość nieskomplikowane czytadło, w którym akcja toczy się z prędkością huraganu, a bohaterowie są bardzo przystojnymi i świetnie zbudowanymi maszynami do zabijania. Ulubione rekwizyty to piękne kobiety, szybkie samochody i najdroższe alkohole, no może jeszcze karabiny snajperskie, nadajniki mieszczące się w guziku, flakonik z trucizną i najbardziej wyrafinowane pistolety. Czy taka musi być rzeczywistość powieści szpiegowskiej? Niekoniecznie.

Jeśli sięgamy po jakąś książkę sensacyjną, licząc, że dowiemy się czegoś o pracy służb specjalnych, to warto się najpierw dowiedzieć, kto jest jej autorem. Paradoksalnie: im więcej wspólnego ma autor ze służbami specjalnymi, tym mniej efektowni są jego bohaterowie. Z powieściami szpiegowskimi jest trochę tak jak z prawdziwym wywiadem. Dobre książki odróżnia się od sensacyjnej tandety w taki sam sposób jak prawdziwego oficera wywiadu od zwykłego pozera: po tym, że nie nosi pistoletu.

David Cornwell dość uporczywie (przynajmniej ostatnio) zaprzecza swojej szpiegowskiej przeszłości. W wywiadach opowiada dziennikarzom, że przez wiele lat był dyplomatą i wtedy nauczył się szpiegowskiego rzemiosła: podglądając prawdziwych agentów w pracy. Może to i prawda, tylko dlaczego w takim razie na skrzydełkach rozlicznych wydań jego powieści biografowie konsekwentnie twierdzą, że był pracownikiem wywiadu brytyjskiego. Bardziej dociekliwi wymieniają placówki: w Austrii i w Niemczech. To dzięki dostępowi do archiwum MI 6 w Niemczech John Le Carre – bo o nim właśnie mowa – miał zebrać dokumentację pozwalającą na napisanie kilkunastu powieści.

Ale mniejsza o dociekliwość biografów. Dowody na ścisłe związki Davida Cornwella z wywiadem znajdujemy we wszystkich jego książkach. Takiej wiedzy – o wewnętrznych napięciach i rywalizacji między służbami, o bezsensownych ambicjach, biurokracji, pozerstwie i megalomanii szefów, oficerów i agentów, o marnotrawstwie sił i środków, o cynicznym wreszcie wykorzystywaniu ludzi do niskich celów pod hasłami patriotyzmu i tworzenia historii – nie można zdobyć z pozycji bezstronnego obserwatora. Trzeba to przejść i przeżyć. Tak samo jak trzeba przeżyć radość z sukcesu udanej operacji (której sens ma zawsze pozostać tajemnicą), uzyskać wiadomości o zawiłościach wywiadowczej łączności czy skomplikowanej psychologii werbunku cennego agenta. To wszystko jest w książkach Le Carre.

Pierwowzorami postaci wymyślonych przez autora „Ze śmiertelnego zimna”, „Wojny w lustrze” i „Małej doboszki” są faktyczni szpiedzy. Podobno szef wywiadu NRD, legendarny Marcus Wolf, z satysfakcją przyznawał, że może być jednym z pierwowzorów Karla, szefa wschodnioniemieckiego HVA. Panowie musieli o sobie słyszeć już wtedy, gdy późniejszy John Le Carre pracował w rezydenturze MI 6 w RFN. Z kolei sir Maurice Oldfield – szef MI 6 e latach 1973-1978 – zdecydowanie przeciwstawiał się porównywaniu go z George’em Smileyem, bohaterem wielu powieści Cornwella.

Niewątpliwym apologetą służb specjalnych jest Tom Clancy, najpopularniejszy ze współczesnych autorów piszących o służbach specjalnych. Pisarz, jeden z twórców „technothrillerów”, niewiele ma wspólnego z którąkolwiek z tajnych służb. Do 1982 r. był agentem ubezpieczeniowym i operacje wywiadu mógł śledzić raczej ze środków przekazu. Od czasu „Polowania na »Czerwony Październik«” stał się jednak literackim ekspertem od tajnych broni, satelitarnych podsłuchów i szkolenia elitarnych komandosów. Zgromadził sztab ekspertów, którym regularnie dziękuje na początkowych stronach swoich książek. Do jego konsultantów należał także Larry Bond (kolejno: oficer US Navy, analityk Pentagonu, twórca komputerowych gier strategicznych – jego Harpoon był wykorzystywany przez armię USA do celów szkoleniowych – wreszcie jeden z poczytniejszych autorów powieści sensacyjnych).

Zafascynowanie nowoczesną technologią wywiadowczą i wojskową sprawiło, że wiele książek Clancy’ego trudno zakwalifikować jako powieści szpiegowskie. Najbliżej klasycznej pozycji tego typu jest „Kardynał z Kremla”, opowieść o losach bezcennego wręcz agenta wywiadu USA w Moskwie. „Patrioci” czy „Bez skrupułów” to bardziej książki przygodowe z udziałem polityków, terrorystów, komandosów, szefów mafii i oficerów wywiadu. Są jednocześnie tak nasycone techniką, że na kilku tysiącach stron powieści znajdziemy co najmniej kilkaset opisów różnych urządzeń do podglądania, podsłuchiwania, naprowadzania na cel, obezwładniania, unieruchamiania czy po prostu zabijania. Sam autor jest zresztą fanatykiem sprzętu wojskowego. W swojej posiadłości w Maryland przechowuje m.in. siedem czołgów z II wojny światowej.

U Clancy’ego wywiad amerykański (chociaż i tutaj trafiają się wyjątki) zawsze broni słusznej sprawy. Jack Ryan, bohetr całego cyklu powieści pisarza, który przechodzi wszystkie szczeble kariery – od analityka wywiadu, poprzez najwyższe stanowiska w CIA, aż po… prezydenta Stanów Zjednoczonych – to przeciwieństwo George’a Smileya. Facet radzi sobie w każdej sytuacji i praktycznie nigdy nie ma wątpliwości.

Gdzieś pomiędzy sceptycyzmem Cornwella-Le Carre a entuzjazmem Clancy’ego mieści się Jack Higgins. Podobnie jak Clancy nigdy nie oficerem służb specjalnych, ale urodził się w Belfaście i od najmłodszych lat był obserwatorem zmagań sił bezpieczeństwa z terrorystami IRA. Harry Patterson – bo takie jest prawdziwe nazwisko Higginsa – bardziej niż Clancy zasłużył się w wojsku. Przez dwa lata w czasie zimnej wojny służył w jednostkach elitarnej Gwardii Królewskiej przy granicy z Niemiecką Republiką Demokratyczną. Poznał tam członków brytyjskiej siatki wywiadowczej działającej w Niemczech jeszcze podczas II wojny światowej. W swoich wspomnieniach z tego okresu Patterson podkreśla, że zaskoczyło go to, iż ci wszyscy ludzie byli przede wszystkim wykładowcami uniwersyteckimi, naukowcami, a nie szpiegami.

Wątki irlandzkie i niemieckie stale przeplatają się w jego książkach. Także w tej najbardziej znanej – „Orzeł wylądował”. Bohaterowie Higginsa są niewątpliwie świetnie przeszkolonymi profesjonalistami. W tym nie ustępują supermanom z przeciętnej sensacyjnej sieczki. Ale nie są pozbawieni rozterek, wątpliwości czy nawet wyrzutów sumienia. Niemieccy komandosi lądujący w Wielkiej Brytanii, aby porwać Churchilla, czym mają zmienić losy II wojny światowej, realizują swoje zadanie z najwyższym zaangażowaniem. Tyle że od początku zdają sobie sprawę, iż zadanie nie ma żadnego sensu, że nawet sukces nie zmieni już wyniku wojny. Pod tym względem zachowują się prawie jak normalni ludzie.

Tekst opublikowany w dodatku o książkach do 20 numeru tygodnika „Wprost” z 16 maja 1999 r.

 

Ostatnia modyfikacja: Maj 1, 2018