Na serio

Lejb Fogelman, Michał Komar – „Warto żyć”

Written by | Na serio, Nowości, Zimna wojna

Książka rozmowa Lejba Fogelmana i Michała Komara nie jest i nie aspiruje do tego, żeby być powieścią szpiegowską. Chociaż… gdyby się nad tym głębiej zastanowić, to jeżeli „Warto żyć” miałoby być powieścią o wywiadzie, to losy emigranta/uchodźcy z Polski mogłyby być świetną legendą dla znakomicie ulokowanego nielegała. A jego misja byłaby skazana na sukces.Bogate w zdarzenia życie: najlepsze uczelnie, niezwykle ciekawi znajomi, egzotyczne i emocjonujące podróże nie muszą wcale oznaczać, że ich uczestnikiem może być wyłącznie szpieg. A nie „zwykły” prawnik z Nowego Jorku. Okazuje się, że życie prawnika, może być nawet ciekawsze niż oficera wywiadu. Tym bardziej, że partner w kancelarii adwokackiej ma sporo samodzielności w tym jakich klientów sobie wybiera i w jaki sposób chce prowadzić ich sprawę. A także nikt się nie wtrąca, gdzie i z kim wybiera się na urlop.

Jest jednak w opowieści Fogelmana prawdziwy wątek szpiegowski. To epizod o tym, jak przed wyjazdem na stypendium do Moskwy, jeszcze jako student, zaproponował CIA swoje usługi. Był przekonany, że badając radzieckie archiwa, może wyszukać przydatne dla wywiadu amerykańskiego informacje. Albo zawrzeć ciekawe znajomości.

CIA uznała jednak inaczej. Ze szpiegowskiej misji wyszły nici. Zastanawiając się nad obowiązującymi w amerykańskich służbach procedurami dotyczącymi oferentów, a właściwie domyślając się jak mogą one wyglądać – to fakt odrzucenia telefonicznej propozycji, wydaje się najbardziej racjonalny. Student Fogelman został uznany za wariata albo prowokatora. I tak nieźle, że w przeciwieństwie do znanego amerykańskiego dyplomaty Roberta Dorra, nie zajęło się nim FBI.

Jest jeszcze jeden argument, aby pomiędzy wierszami książki nie szukać spisków. Jak na poważną opowieść o wywiadzie, w opisach różnych zdarzeń, wypalanych jest zdecydowanie zbyt wiele skrętów.

Z opisu wydawcy:

To najbardziej kolorowa opowieść o życiu, jaka ukazała się w Polsce. Bo też Lejb Fogleman to najbardziej kolorowy człowiek, który mieszka w Polsce. Urodził się w Legnicy w żydowskiej rodzinie, po antysemickiej nagonce w 1968 r. wyjechał do USA, tam skończył m. in. Harvard, został wziętym prawnikiem i w latach 90. wrócił do Warszawy. A po drodze zdarzyło się wiele, bardzo wiele…

Tak zaczyna swoje wspomnienie Lejb Fogelman: Dawno temu w Ameryce… Ląduję na nowojorskim lotnisku. W hali przylotów kłębi się tłum oczekujących, a wśród nich tłusty, spocony ortodoksyjny Żyd. Rzuca się na mnie, obejmuje i oblewa łzami. Co chwilę wykrzykuje imię mojej mamy: „Rojze! Rojze!”, znowu przytula, chwyta mnie za policzki, dosłownie je wyrywa, wykrzykuje imiona żywych i zmarłych członków naszej rodziny, a po każdym imieniu coraz głośniej płacze. To wujek Jojne Chaim, brat mamy.

Obok niego stoi kobieta. Brzydka, chuda i skręcona niczym nawinięta na coś gumka. W dodatku widać, że musi golić sobie brodę. To ciotka Fradla. Na mnie patrzy podejrzliwie, co zrozumiałe, bo przybyła jeszcze jedna gęba do żywienia. Ale ciotka stara się ukryć niechęć, jestem przecież ostatnim Mohikaninem, ostatnim Fogelmanem wyrwanym z tamtego świata.

Wydawnictwo Czerwone i Czarne, Warszawa 2018 r., str. 311;

Ostatnia modyfikacja: Czerwiec 3, 2018