Na serio

Jerzy Konieczny – Geniusz i ekscentryk

Written by | Na serio, Nowości

Nie było chyba nikogo, kto bywał w pierwszej połowie lat 90-tych XX wieku w centrali UOP na Rakowieckiej, kto wcześniej czy później nie natknąłby się na tę charakterystyczną postać. Zdecydowanym krokiem przemierzał korytarz na trzecim piętrze w długim czarnym płaszczu i czarnym kapeluszu. Idąc w stronę gabinetu szefa zdejmował kapelusz, a wtedy mijającym go oficerom pokazywała się niepowtarzalna, duża, okrągła łysa głowa z leciutkim „wędrującym” uśmiechem, sugerującym dystans do otaczającego świata, nieprzeciętną inteligencję oraz lekkie roztargnienie.

(tekst opublikowany w portalu „O służbach” 30 lipca 2020 roku).

Od samego początku urzędowania w centrali (niestety nie mam nic do powiedzenia o jego szefowaniu w delegaturze katowickiej) nieustannie zaskakiwał swoich podwładnych. Profesor – wówczas jeszcze Doktor Jerzy Konieczny – już w jednej z pierwszych, prowadzonych przez UOP spraw kontrwywiadowczych, zaproponował skorzystanie z pomocy jasnowidza. Zdumiał tym młodą kadrę (stara już nie dziwiła się chyba niczemu), ale prawdę mówiąc, kiedy dowiedzieliśmy się że policja dość regularnie korzysta z pomocy osób o paranormalnych umiejętnościach, a CIA przez wiele lat prowadziła program badań nad parapsychologią i telekinezą, to nam trochę uśmieszki zeszły z twarzy.

Pamiętam nawet dyskusję pomiędzy „szefem” (bo tak go nazywaliśmy, zanim – a zwykle robił to dość szybko – nie zaproponował nam przejścia na „ty”), a dyrektorem pionu śledczego, w którym analizowali, co z wizji jasnowidza potwierdziło się w późniejszym śledztwie, a co nie.

Jeszcze bardziej zadziwiał funkcjonariuszy, kiedy jadąc na spotkanie poza siedzibą „firmy” czy jakiejkolwiek innej instytucji rządowej, znikał na tylnym siedzeniu samochodu. Tzn. nie znikał dosłownie, ale zmieniał się nie do poznania. W peruce i z czarnym sztucznym wąsem był do siebie zupełnie niepodobny. Do tego stopnia, że kierowcy z „kolumny”, którzy nie jeździli z nim stale, a tylko czasami, potrafili zapytać: „przepraszam, a gdzie jest szef?”. I w tym przypadku jednak wesołość nam przeszła, kiedy uświadomiliśmy sobie, że spotkanie charakterystycznego szefa UOP, na mieście, z kimkolwiek byłoby gratką dla paparazzich. A tego, co zrozumiałe wolał uniknąć, żeby nie robić nikomu niepotrzebnego kłopotu.

„Wariat” powiedzą zaraz niektórzy czytelnicy. Nic bardziej mylnego. Na odprawach kierownictwa i tych w większym gronie, i tych w cztery oczy, łapał w lot wszystkie sprawozdania i ustne raporty. Kiedy referowałem mu jakąś sprawę, nad którą Biuro Analiz i Informacji siedziało np. tydzień, już po kilku minutach widziałem, że wszystko rozumie i jest w stanie przedstawić przekonywujące wnioski zanim sam zdążyłem je (albo podobne) przedstawić.

Był człowiekiem niesłychanie ciepłym i lubianym przez podwładnych. Do niektórych (nie ma mam pewności czy do wszystkich, ale do niektórych na pewno) miał stosunek wręcz ojcowski. Interesował się ich planami nie tylko zawodowymi i jak tylko mógł, to pomagał. Kiedy zorientował się, że do ukończenia prawa zabrakło mi kilku semestrów zaproponował: „Po co się ma Pan (jeszcze wtedy byliśmy na „Pan”) męczyć pisząc pracę magisterską. Niech Pan ukończy szkołę oficerską w Szczytnie, a potem napisze od razu pracę doktorską z analizy informacji. Stać na to Pana. Na pewno napisze Pan świetną pracę. Chętnie byłbym jej promotorem.”

Bardzo mnie ucieszyła ta perspektywa, ponieważ byłem przekonany, że lepszego promotora nie mógłbym sobie wymarzyć. Niestety ten pomysł nie spodobał się Rosjanom, którzy w początku 1993 roku postanowili przeprowadzić zamach stanu. Zamiast pojechać do Szczytna na egzaminy obsługiwałem całodobowe dyżury informacyjne. Profesor był lekko rozczarowany, kiedy dowiedział się że nawet nie podszedłem do żadnego z egzaminów. A później życie potoczyło się tak szybko, że o jakichkolwiek sprawdzeniach wiedzy nie było mowy.

Do tej pory tego bardzo żałuję. Bo od innych jego doktorantów wiem, że był fantastycznym wyrozumiałym, ale i wymagającym promotorem.

Wiedza Profesora była imponująca. Ukończył dwa fakultety: chemię i prawo. Specjalizował się w kryminalistyce i kryminologii. Ale chyba przede wszystkim w badaniach wariograficznych, do czego niewątpliwie przydawała mu się również wiedza chemiczna. Nie wszyscy wiedzieli jednak, że jest również entuzjastą i znawcą opery.

Kiedyś pojechał na ważne negocjacje do jednej z międzynarodowych stolic szpiegostwa. Z misji łącznikowej w Polsce poszła depesza, że w programie warto przewidzieć spektakl w jednej z najważniejszych oper na świecie. Niestety doszło do jakichś przekłamań na łączach. Zamiast do opery gospodarze zawieźli szefa zaprzyjaźnionej służby na musical „Cats”. Nie jest to z całą pewnością opera, ani nawet operetka. Opowiadał mi wysoki rangą oficer tamtejszego wywiadu, który towarzyszył Szefowi UOP na spektaklu, że kiedy zorientował się do jakiego doszło nieporozumienia, to zimny pot zaczął spływać mu po plecach. Szczególnie wtedy, kiedy nagie tancerki wybiegły na widownię i tańczyły bezpośrednio przed widzami, niektórym nawet siadając na kolanach.

Profesor siedział, jak na poważnego gościa rządowego przystało, na eksponowanym miejscu w pierwszym rzędzie. Kiedy zagraniczny szpieg zorientował się, że może to (czyli nadmierne wczucie się w rolę przez tancerkę) spotkać poważnego naukowca, który jeszcze kilka lat wcześniej był działaczem Klubu Inteligencji Katolickiej w Katowicach, prawie zdrętwiał, bo bał się, że Profesor wstanie i wyjdzie wywołując międzynarodowy prawie skandal. Jerzy Konieczny pokazał jednak wielką klasę, doczekał do końca, a fakt, że spodziewał się spektaklu operowego na najwyższym poziomie, sam obracał w żart.

Pewną zadrą w jego relacjach ze środowiskiem funkcjonariuszy współtworzących na początku lat 90-tych Urząd Ochrony Państwa, był jego specyficzny stosunek do „sprawy Oleksego”. W czasie, kiedy sprawa była „zamiatana pod dywan” był Ministrem Spraw Wewnętrznych. Niektórzy podejrzewali nawet, że mógł pomagać zacierać ślady i przesłanki wskazujące na winę polityka. Ale już po kilku latach łatwo było zrozumieć, że znając kulisy kilku tajnych operacji prowadzonych przez kontrwywiad, miał zupełnie inny obraz sytuacji niż zewnętrzni komentatorzy. Przy okazji nie mógł dopuścić, żeby doszło do ujawnienia którejkolwiek z nich. I chociaż sprawa do tej pory ciąży (na szczęście coraz mniej) nad polską sceną polityczną jako niewyjaśniona, Jerzy Konieczny wziął na siebie atak części mediów i sceny politycznej, po to, żeby ochronić ten obszar infrastruktury kontrwywiadowczej, której za wszelką cenę nie było wolno ujawnić.

Miałem wielką przyjemność współpracować z Profesorem wiele lat po odejściu jego i moim ze służby państwowej. Wielokrotnie prowadziliśmy warsztaty z analizy kryminalnej, z oceny ryzyka w obrocie gospodarczym, zajęcia z identyfikowania symptomów wskazujących na nieprawidłowości. To prawda, że pierwsze wrażenie z jego zajęć nie zawsze było przyjemne. Jak na prawdziwego naukowca przystało, posługiwał się dość hermetycznym, specjalistycznym językiem. Ale był fantastycznym fachowcem od analizowania procesów i wnioskowania. Kiedy udało się przegryźć przez problemy semantyczne, nagle okazywało się, że jego wykład jest jasny i przejrzysty. A podpowiadane przez niego metody analityczne stawały się nieskomplikowane, głęboko uzasadnione i bardzo efektywne.

Niestety przedwczesne odejście Jerzego to wielka szkoda dla polskich nauk społecznych i nauk o bezpieczeństwie. Miał do napisania z pewnością jeszcze kilka książek, do wygłoszenia wiele wykładów, organizację konferencji i wypromowanie wielu doktorów i profesorów. Kto to teraz za niego „pociągnie”?

Fot. Wyższa Szkoła Biznesu w Dąbrowie Górniczej

Ostatnia modyfikacja: Sierpień 2, 2020