Krótki kurs szpiegowania

„Dostał się do baraku, stanął na beczce po nafcie i zrobił zdjęcia przez wentylator. (…) Nastawił maksymalną przysłonę dwa-koma-osiem i migawkę na od jednej czwartej do dwóch sekund. (…) Migawka była nastawiona oczywiście na wyczucie. Założył sobie przybliżony czas naświetlania około jednej sekundy. Widać coś tylko na ostatnich trzech zdjęciach”.

Le Carre, który opisał to zdarzenie w „Wojnie w lustrze”, na tle innych autorów jest niewątpliwie staroświecki. Przecież w wywiadzie niemożliwe jest robienie zdjęć tak po prostu, stojąc na beczce po nafcie. W dobrym tonie jest robić zdjęcia z satelitów, a jeżeli nie ma ich w dyspozycji, to od biedy mogą to robić roboty.

Prawdziwym entuzjastą wywiadu technicznego jest Barnaby Williams, który w „Rycerzu Boskiego Wiatru” opisuje jak szpiegować z kosmosu, powietrza, ziemi, wody i głębi oceanów. „Podobnie jak Amerykanie, Rosjanie posiadali imponujące uzdolnienia do zbierania materiałów wywiadowczych. Satelity Kosmos i Sojuz z Plesiecka prowadziły nadzór wybranego miejsca na ziemi z przestrzeni kosmicznej i dostarczały zrzucane w kapsułach filmy lub przesyłały obrazy cyfrowe. Przypominający z wyglądu U-2 samolot rozpoznawczy Ram-M potrafił szybować ponad głowami ludzi, którzy nie mogli go dostrzec ani usłyszeć. Tu-142, wywiadowcza wersja starego czterosilnikowego bombowca strategicznego, kręciły się nad granicami Europy, Ameryki, Chin i Japonii, chłonąc sygnały z łączności, emisje radiowe i telemetryczne. Na oceanach całego świata radzieckie trawlery, najeżone antenami od dziobu po rufę, zapuszczały sieci na coś więcej niż ryby”.

Przede wszystkim z powietrza

W „Drodze służbowej” Dale Browna mamy do czynienia z samolotami, które regularnie fotografują terytorium przeciwnika. Taki latający zakład fotograficzny wygląda mniej więcej tak: „samolot F-111 w wersji rozpoznawczej miał podwieszane pod skrzydłami – zamiast dwóch zewnętrznych zbiorników paliwa w węźle trzecim i szóstym – dwa elektroniczne zasobniki do prowadzenia rozpoznania. Zasobnik typu UPD-8 podwieszony na węźle prawoskrzydłowym zawierał w swoim wnętrzu radar ze sztuczną przesłoną, dzięki któremu uzyskiwano obrazy terenu lub wody w promieniu do osiemdziesięciu kilometrów wokół samolotu o dużej rozdzielczości. Jakość przekazywanych obrazów była tak dobra, ze można było, nawet przy złej pogodzie, odróżnić zakamuflowane małe pojazdy wojskowe, lub zauważyć ślady gąsienic zostawione przez czołgi na piasku lub ziemi. Podwieszony pod lewym skrzydłem system taktycznego rozpoznania powietrznego typu AT/ATR-18 podobny był do standardowych zasobników z aparatami fotograficznymi. W jego skład wchodziły kamery z obiektywami długoogniskowymi, szerokokątnymi, panoramicznymi i aparaty do zdjęć w podczerwieni, które używano nocą. Zdjęcia metodą elektroniczną przetwarzano na zapis cyfrowy, po czym przekazywano go drogą radiową do naziemnych stacji na odległość do trzystu kilometrów. Tym sposobem uzyskane fotografie mogły dotrzeć do zainteresowanych na długo zanim samolot wyląduje”.

Z ziemi jednak bliżej i taniej

Opis ciekawego zestawu kamer i podsłuchów stosowanych do podglądania osób w pomieszczeniach przedstawił David Morrell w „Fałszywej tożsamości”. „Dwa skrzyżowania dalej na tej samej ulicy stała mała, szara furgonetka zaparkowana przed domem opatrzonym tabliczką „na sprzedaż”. W środku stale dyżurowało dwóch mężczyzn. „Pracowali na dwunastogodzinne zmiany, co oznaczało, że furgonetka, której szyby były tak przyciemnione, żeby nikt nie mógł zajrzeć do środka, musiała być wyposażona w kuchenkę mikrofalową i toaletę.” Bardziej istotnym elementem wyposażenia był „monitor miniaturowej kamery telewizyjnej umieszczonej na dachu furgonetki i ukrytej pod osłoną fałszywego wentylatora. Kamera ta, wersja urządzenia używanego w helikopterach bojowych, umożliwiała spore powiększanie obrazu, tak że była w stanie pokazać tablicę rejestracyjną samochodu zaparkowanego dwa skrzyżowania dalej, niebieskiego forda taurusa z Luizjany. Kamera była też doskonale przystosowana do pracy nocą”. W samochodzie zainstalowane były też urządzenia podsłuchowe. Obsługujący je mężczyzna „pokręcił gałkę natężenia dźwięku w odbiorniku audio, po czym poprawił słuchawki na uszach. Odbiornik zbierał sygnały z kilku miniaturowych mikrofonów nadajników, które Duncan umieścił w aparatach telefonicznych i włącznikach światła we wszystkich we wszystkich pokojach domu Mendezów. Mikrofony były wpięte w sieć elektryczną mając dzięki temu zapewnione stałe źródło energii. Nadawały na nie używanym w San Antonio pasmie UKF, tak by transmisja nie zakłócała odbioru radia lub telewizji w domu i nie wzbudziła podejrzeń domowników”.

Praktyczne drobiazgi

Paradoksalnie jednak najbardziej wyrafinowane akcesoria szpiegowskiego fachu nie mają w sobie ani grama elektroniki. Najnowocześniejszy nawet aparat do robienia zdjęć z kosmosu może być wykorzystany do wykrywania pokładów surowców naturalnych zamiast do śledzenia ruchów w bazach wojskowych. Tymczasem okulary, w których można patrzeć do tyłu mają tylko jedno zastosowanie. Takie właśnie okulary, oferuje dom wysyłkowy z Phoenix w swoim katalogu sprzed półtora roku. Kosztują 10 USD bez pięciu centów, nazywają się Surveillance Sunglasses i jak twierdzi sprzedający – „widzisz w nich, co się dzieje za tobą; – wyglądają jak normalne okulary słoneczne; – chronią przed promieniami ultrafioletowymi; – mają czarną ramkę”. Szczególnie ta czarna ramka wydaje się być ekscytująca.

Z tego samego katalogu zamówić sobie można też ręczny peryskop („Capscope” Periscop) za 22 dolary i 95 centów. „Zrobiony z superlekkiego plastiku; – pozwala zaglądać w różne zakamarki; – zasięg 1,5 stopy w górę; – możesz popatrzeć zza rogu; – wymiary: długość 50 cm, waga 0,5 kg”.

Te dwa ostatnie urządzenia szczególnie polecam początkującym szpiegom. Po pierwsze dlatego, że pięknym kobietom znacznie łatwiej zaimponować peryskopem do patrzenia zza węgła niż skomplikowanym satelitą szpiegowskim, który trudno przecież zabrać ze sobą na bankiet. Po drugie, okulary, w których widać co się dzieje z tyłu, kosztują znacznie taniej niż zestawy kamer. A to przecież dla budżetu państwa ani dla właścicieli prywatnych agencji wywiadowczych, nie jest bez znaczenia.

Tekst opublikowany w „Kulisach”, piątkowym dodatku do „Expressu Wieczornego” 10 lutego 1995 r.

Ostatnia modyfikacja: Kwiecień 5, 2017